Do napisania tego krótkiego tekstu zainspirowała mnie lektura książki Katarzyny Grocholi "Wyluzuj, kobieto". Nie dlatego, że zawiera gotowe recepty na szczęście, ale dlatego, że porusza temat, o którym wszyscy - kobiety i mężczyźni - powinniśmy rozmawiać częściej - o prawie do "odpuszczania". W świecie, który wymaga od nas nieustannej dostępności, wydajności i gotowości do działania, wezwanie do zatrzymania się brzmi jak akt odwagi.
To dziwne, jak często słyszy się słowo "wyluzuj". W różnych wersjach – łagodnie, zaczepnie, czasem protekcjonalnie. Jakby luz był stanem naturalnym, który wystarczy sobie przypomnieć. Jakby można go było wyjąć z kieszeni jak chusteczkę i ot tak – rozłożyć między kawą a kolejnym mailem. Dzisiaj nie ma czasu na luz. Żonglujemy pomiędzy pracą, domem, rodziną, oczekiwaniami, emocjami, dietami, wyzwaniami i modą na rozwój osobisty. Codzienność przypomina raczej turniej wieloboju niż spokojny spacer po parku. Oczekuje się, że będziemy silni, ale nie za bardzo. Pewni siebie, ale z dystansem. Ambitni, ale pokorni. Zadbani, ale naturalni. I najlepiej, żebyśmy jeszcze mieli czas na pilates, remont łazienki i kurs mindfulness.
Tymczasem coraz więcej osób budzi się któregoś dnia i myśli - "nie ogarniam tego wszystkiego". Nie dlatego, że czegoś im brakuje. Przeciwnie, mają za dużo. Za dużo myśli, obowiązków oraz planów.
Odpuszczanie nie jest słabością. Jest formą troski o siebie. Decyzją, że nie wszystko trzeba dziś. Nie każdy problem musi być rozwiązany natychmiast. Nie każde pytanie wymaga odpowiedzi. Nie każda przestrzeń musi być zaplanowana i produktywna. Czasem luz to nie leżenie na macie z podcastem o samoakceptacji, tylko wyjście z domu w dresie i kupienie sobie drożdżówki. Albo odmówienie udziału w kolejnym "ważnym projekcie". Albo po prostu powiedzenie "nie" bez poczucia winy. Prawdziwa siła rodzi się nie wtedy, gdy człowiek pędzi, ale gdy decyduje się zwolnić. Kiedy zaczyna siebie słuchać - a nie tylko zarządzać sobą. Bo może właśnie w tym tkwi sekret, że nie chodzi o to, żeby robić więcej, żeby ciągle się spinać, poprawiać, biec szybciej. Może chodzi o to, żeby nauczyć się siebie traktować z większą łagodnością i od czasu do czasu po prostu powiedzieć sobie z czułością - "wyluzuj". Jesteś wystarczający dobry. Jesteś wystarczająca dobra. I może wtedy, nawet jeśli świat nie zwolni, to my zwolnimy w sobie. I to wystarczy.
Piszę to jako rektorka, ale przede wszystkim jako człowiek, który codziennie spotyka się z różnymi osobami - z ich ambicjami, zmęczeniem, zmaganiami i cichym pragnieniem chwili oddechu. I coraz częściej widzę, że tym, czego naprawdę potrzebujemy, nie jest kolejny bodziec ani kolejne wyzwanie, ale przestrzeń na zwykłe "jestem" - bez oceny, bez pośpiechu.
Więc jeśli dziś masz poczucie, że nie ogarniasz tego wszystkiego - to nie znaczy, że coś z Tobą nie tak. Może to właśnie znak, że jesteś wystarczająco obecny, wystarczająco obecna. I że czasem najlepsze, co można zrobić, to odpuścić z godnością. I po prostu być.
Z wyrazami czułości i zrozumienia,
CMO
